Nie było mnie tu od dwóch tygodni i... już pluję sobie w brodę. Tak dużo spraw spadło mi na głowę, doszło tyle nowych zagadnień, które powinnam uwzględnić w swoim codziennym życiu, że... znów się pogubiłam. Praca, imprezy, organizacja rocznicy ślubu moich Rodziców, kurs na prawo jazdy, załatwianie formalności w urzędach, choroba - to wszystko spadło na mnie w ciągu ostatniego miesiąca i sprawiło, że zupełnie się posypałam. Zamiast cheat daya (w moim przypadku ustaliłam cheat MEAL) zafundowałam sobie powtórkę z rozrywki, czyli nawrót kompulsów. Znów coś się zadziało w głowie, znowu przed czymś uciekałam. Za dużo spraw zaniedbałam i, kiedy doszło do tego chorobowe osłabienie, nie dałam sobie z tym rady. Przestroga na przyszłość - nie odkładajcie niczego na ostatnią chwilę, bo nie dość, że nie zdołacie tego załatwić, to jeszcze wszystko Wam się nawarstwi i stracicie dużo czasu i energii najpierw martwiąc się o to, co z tym zrobić, a potem, żeby wszystko jakoś naprawić.
Nie będę umieszczać zaległych bilansów, bo mimo, iż o nich nie zapomniałam, nie wiem, gdzie one teraz są. Mogę tylko opisać to, co widzę w lustrze - moja oponka, raz nieco mniejsza, raz większa, nadal jest na swoim miejscu, mięśnie się z powrotem pochowały, a samopoczucie bywało lepsze. Waga, oczywiście, poszła w górę, a moje wybieganie i treningi łączone muszą iść w tym tygodniu w odstawkę, bo na antybiotykach trudno wymagać od organizmu dodatkowego, fizycznego, wysiłku. Może chociaż pracę wreszcie nadgonię i te głupie formalności... :/
Na szczęście mam jeszcze wokół siebie cudownych ludzi, którzy zawsze służą wsparciem i pomocą, a w dodatku cały czas dochodzą nowi, na których także mogę liczyć, chociaż zupełnie się tego nie spodziewałam. :) Każdy ma co jakiś czas kryzysowe momenty, więc nie należy rozpaczać, tylko poszukać przyczyny i wsparcia innych. Ważne, żeby wyciągnąć ze swoich porażek wnioski i wykorzystać je w dalszej walce. Słyszałam to i powtarzałam sobie tysiąc razy, ale trudno, powiem to po raz 1001, bo nie ma lepszego sposobu.
Co ciekawego dzisiaj? Krótki przewodnik o tym, jaki typ biegania wybrać w zależności od celu, który chcemy osiągnąć, czyli SPRINT vs. JOGGING.

- SPRINT - forma aktywności cardio zalecana dla osób, które chcą schudnąć i poprawić kompozycję swojej sylwetki. Jako paliwo wykorzystuje glikogen i węglowodany, "podkręca" metabolizm tłuszczów na resztę dnia. Mocniej obciąża całe ciało (mięśnie, układ oddechowy, kostny...), przez co wydatniej buduje wytrzymałość, siłę, szybkość i masy mięśniowej, a także przyczynia się do wzrostu poziomu STH (somatotropina, tzw. hormon wzrostu) i testosteronu we krwi. Wystarczy intensywny trening 15 min 3 razy w tygodniu, żeby uzyskać pożądany efekt.
- JOGGING - sposób biegania dedykowany osobom, które chcą poprawić swoje ogólne samopoczucie i kondycję. Za paliwo służą utleniane na bieżąco kwasy tłuszczowe, węglowodany są spalane dopiero po zakończeniu wysiłku. Reguluje gospodarkę hormonalną, poprawia wydolność układu oddechowego i odpornościowego. Niestety, nie pomaga w zbudowaniu/utrzymaniu dużego poziomu tkanki mięśniowej, ponieważ duża masa przeszkadza w tego typu wysiłku. Zalecana "dawka" - 30-60 minut min. 3 razy w tygodniu.

Na pewno warto biegać, jednak, w zależności od naszego celu, należy dobrać odpowiedni dla siebie rodzaj wysiłku. I nie narzekać, że pogoda nie sprzyja (powyżej infografika jak się ubrać na trening stosownie do temperatury). Ja na razie stawiam na sprinty, ale lubię także jogging, więc po osiągnięciu mojego celu zamierzam wrócić do wolniejszego i dłuższego wybiegania.
Mam nadzieję, że teraz już wrócę "na dobre" i nie będę więcej zaniedbywać swojego życia w ten sposób. Życzę Wam tego samego i... do napisania wkrótce! :)