Powered By Blogger

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Training plan

Nareszcie! Mam chwilę, więc wrzucam mój plan treningów. Diety nie będę szczegółowo rozpisywać, bo mój tryb życia jest tak nieregularny, że nawet, jeśli coś zaplanuję, to zazwyczaj nie mam czasu, żeby to zrealizować. Mam do wyboru albo rozbić posiłek na kilka mniejszych, albo zjeść więcej, żeby starczyło na dłużej, albo kurczowo trzymać się 3-godzinnego jadłospisu i chodzić głodna przez pół dnia. Kilka razy na dobę musiałabym rozpisywać wszystko na nowo. Trzymam się jednak głównych zasad diety redukcyjnej (dieta), obliczyłam moje dzienne zapotrzebowanie kaloryczne ( kalkulator bmr), rozpisałam treningi i... wdrożyłam je już w życie. :)
W ułożeniu planu pomogły mi godziny lektury różnorakich artykułów, m.in. ze stron, do których linki macie na dole bloga. Ponieważ nie ma jednej drogi do osiągnięcia wymarzonego rezultatu, połączyłam wiele różnych metod i wskazówek, od 'zwykłego' biegania w ramach cardio aż po skalpel Ewy Chodakowskiej w celu wymodelowania i wzmocnienia mięśni.
Plan na ten tydzień wygląda następująco:

Sorry za jakość i kształt, ale na tablecie niewiele mogę z tym zrobić.
W tym tygodniu wypadają mi dwa półgodzinne biegi (dzisiaj i w niedzielę), raz skalpel (wtorek), trzy razy czterogodzinne bloki prób dyplomowych z rytmiki (czwartek-sobota) i codziennie ćwiczenia na brzuszek, za każdym razem z innym trenerem, a co drugi dzień - boczki. Połączyłam wyzwanie na płaski brzuch (cz. 2 i 3) z Tablicy Motywacji z moimi ukochanymi biegami, obowiązkowym próbami i skalpelem. :) Jeśli chodzi o rest day, to w tym tygodniu jest to środa.
Przyznam, że brakowało mi tych ogromnych pokładów endorfin, jakie wyzwala aktywność fizyczna. Przez pół roku wmawiałam sobie, że nie mam na to czasu i był to jeden z największych błędów, jakie dotąd popełniłam. Czekam tylko na koniec egzaminów, żeby znów zacząć chodzić na siłownię, basen albo ruszać się w jeszcze inny sposób.
Pewnie nie trzeba Was do tego zachęcać, ale 'KEEP CALM & EXCERCISE'. ;)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Zaburzenia jedzenia

Hej :) Wracam po kolejnym 'przehulanym' weekendzie poza domem i, chociaż dziś rano odniosłam jedną z najdotkliwszych PSYCHICZNYCH porażek, czuję, że udało mi się posunąć do przodu na mojej dłuugiej drodze do zdrowia.
Co było tą porażką? Brak dbania o siebie, swój 'interes', własne potrzeby. Po raz kolejny mojemu zainfekowanemu umysłowi udało się wmówić mi, że coś, co jest dla mnie dobre, w istocie takie nie jest. Przez ten fakt zamiast iść na jeden z trzech pozostałych kursów przygotowawczych do egzaminów wstępnych na UMFC, nie zadbałam o to, żeby wcześniej znaleźć potwierdzenie przelewu i, szukając go, spóźniłam się na najbardziej potrzebne mi zajęcia. Potem nawet nie spróbowałam iść na górę i jakoś się na nie wkręcić. Łatwiej było się poddać i zadzwonić po chłopaka, który od razu zawrócił, przytulił, pocieszył - słowem: zamienić się w 'kobietę-powój' i uciec przed wyzwaniem, odpowiedzialnością, życiem... Oczywiście nie muszę dodawać, że na resztę zajęć już nie poszłam. Faktycznie - nie są mi do niczego potrzebne, ale zawsze fajnie jest poszerzyć swoją wiedzę, poznać coś nowego. Tylko że dziś nie byłam w stanie - po prostu się wystraszyłam.
Czasem strach przed podjęciem ryzyka jest wręcz paraliżujący. Osoba cierpiąca na zaburzenia odżywiania ma poczucie wyobcowania, nie ufa w swoje możliwości, boi się angażować w życie i relacje z innymi, boi się kochać. Ma tendencje do wiecznego obwiniania za ten stan siebie lub innych ludzi. Nie postrzega siebie jako wartościowej osoby, nie chce lub nie potrafi zaakceptować swoich słabości, czy dbać o swój interes. Ucieka od podejmowania decyzji, ryzykownych przedsięwzięć, nowych sytuacji. Bardzo trudno jest jej uwierzyć, że chociaż potrzebuje pomocy specjalisty, powrót do zdrowia jest możliwy tylko dzięki niej samej.
Dokładnie tak jest ze mną. Wiele aspektów tej sytuacji już odkryłam, ale część była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie zdawałam sobie sprawy z ich istnienia, chociaż kiedy przeczytałam ten artykuł (Niezbędnik dla osób zmagających się z zaburzeniami odżywiania), dotarło do mnie mnóstwo istotnych wyzwań, które nadal są przede mną.
Zaczęłam od planu treningowego i zakupów zdrowej żywności, a także ustalenia systemu nagród i poszukiwania odpowiedniej motywacji. Szczegóły wrzucę jutro, w przerwie między treningami, francuskim i wyjściem 'na miasto'.
Tym, którzy zmagają się z podobnym problemem, życzę, żeby dali sobie pomóc i zaakceptowali siebie. Sama próbuję to zrobić i wiem, że nie jest to łatwe, ale nie mam wątpliwości, że warto. Całą resztę, która szczęśliwie się z tym nie zmaga, proszę, żeby miała dużo cierpliwości i empatii dla chorujących osób. Może moja pisanina pozwoli Wam choć trochę nas zrozumieć.


piątek, 25 kwietnia 2014

Pierwsza porażka

                                    

Pierwsza od czasu prowadzenia tego bloga, w ogólnym rozrachunku - nie mam pojęcia, która. Po raz kolejny nie powstrzymałam ataku żarłoczności i oprócz normalnego obiadu wciągnęłam jeszcze dwa albo trzy razy tyle jedzenia, ile normalny człowiek jest w stanie zjeść. Waga oscyluje w granicach 68. Kiedy wreszcie to się skończy? Podobno rozwiązanie tkwi w polubieniu siebie. Zaczynam jednak w to wątpić. Nie dlatego, że to potrafię, ale po prostu dlatego, wpadłam w nałóg.
Wiem, co jeszcze mnie boli. Mój wygląd i to, że nie mieszczę się w ulubione ciuchy. Uwielbiam się wygłupiać, ale kiedy widzę swoje odbicie w lustrze na zmianę albo mam ochotę płakać, albo uśmiecham się i usiłuję sobie wmówić, że 'nie jest tak źle'. Co z tego, że ćwiczę, bawię się, staram się zdrowo odżywiać na ile pozwala mi mój skromny budżet i brak czasu? Nic, jeśli potem jestem w stanie zjeść 8 jabłek, 2 kotlety jajeczne, grahamkę z twarogiem i szynką, 2 marchewki, banana, batonik muesli, pół gorzkiej czekolady, dopić połowę jogurtu pitnego Mueller i... szukać po reszcie domu, co jeszcze mogę 'dorzucić' do tej przedziwne mieszanki. 'Uczta' tym razem trwała 2h i wcale nie poprawiła mojego samopoczucia. Właśnie dlatego zmusiłam się, żeby rozliczyć się z tego teraz. Może wreszcie otrzeźwieję...
Obawiam się, że dzisiejszy bieg niewiele mi pomoże. Jasne, bez niego będzie jeszcze gorzej. Ale brak mi samozaparcia i wiary w to, że efekt będzie może nie natychmiastowy, ale spektakularny. Nawet, jeśli w życiu osobistym i szkolnym mi się układa, wciąż to robię. A jestem coraz cięższa. Po raz kolejny nie doczekałam nagrody, którą, paradoksalnie, jest jedzenie. Do tej pory nie wiem, co 'zajadam'. Bo przecież nic właściwie, poza moim wyglądem, mnie nie gryzie...
P.S. Nie wiem, jakim cudem to wszystko pochłaniam, ale do wymienionych wcześniej rzeczy doszło jeszcze Ptasie Mleczko w ilości 8 kostek, grahamka z twarogiem i dwiema potężnymi garściami suszonej żurawiny oraz kilka pudrowych cukierków.
Właśnie zdałam sobie sprawę, że jeśli naprawdę nie wezmę się w garść, to nadchodzące wakacje będą jednymi z najgorszych, a już na pewno nie pojawię się w bikini na plaży... Rozpisałam plan treningów, jutro robię 'jedzeniowe' zakupy i walczę dalej. W międzyczasie poczytam jeszcze trochę nt. zdrowego trybu życia, może złapię trochę inspiracji.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Beginning 2.475.301...

Hej. Nazywam się Krysia, mam 19 lat, za sobą wiele ciężkich doświadczeń, jak choćby anoreksja, przede mną zaś matura i kolejna walka o zdrowie, wymarzoną sylwetkę i studia. Ta bitwa jest skomplikowana, bo gdyby nie trudna sytuacja w domu, na którą nałożył się jeszcze bolesny zawód miłosny, możliwe, że te 12 kg, z którymi usiłuję walczyć już od prawie pół roku, nigdy by się tu nie pojawiło.
Moja obecna waga nie jest największą w moim życiu. Wręcz przeciwnie - dwa lata temu ważyłam całe 11 kg więcej (78 kg) - mój organizm ostro odreagował powrót do jedzenia po kilku miesiącach bezustannego głodu. W 2012, będąc pod opieką dietetyka, w ciągu roku schudłam 23 kg i z moimi 55 kg byłam całkiem szczęśliwa. Pracowałam nad swoim wyglądem i podjęłam walkę o to, żeby zerwać z anoreksją i żyć 'normalnie'. Jednak do tej pory nie udało mi się tego osiągnąć. Wspomniane wyżej okoliczności sprawiły, że zaczęłam kompulsywnie zajadać stres, emocje, niepowodzenia i w ciągu tygodnia przytyłam 10 kg. Teraz miałam kolejny moment załamania i dorzuciłam następne 2. 67 kg przy wzroście 167 jest już lekką nadwagą i sprawia, że zarówno jako kobieta i jako rytmiczka nie czuję się z tym komfortowo.
Pomaga mi wiele osób, ale nikt nie uporządkuje tych spraw za mnie. Ani Pani Psycholog, ani moi przyjaciele, ani nawet mój Chłopak. Odkryłam jednak, że najlepiej działa na mnie pozytywna zewnętrzna motywacja, chociaż jeśli zawalę, dajcie mi kopa do dalszej walki. Dlatego właśnie zakładam tego bloga - żeby nareszcie uporać się z dawnymi i obecnymi demonami i zrobić porządek w moim życiu. Nie chodzi tylko o utratę wagi - w moim przypadku jest ona tylko objawem poważniejszych problemów. Chodzi przede wszystkim o zdrowie fizyczne, pewność siebie, poczucie własnej wartości, zadowolenie z życia, siłę do działania... czyli ogólnie pojmowane SZCZĘŚCIE.
Do końca tygodnia wrzucę swój plan treningowy i zarys jadłospisu. Co tydzień będę zamieszczać rodzaj podsumowującego bilansu. Pierwszy, wyjściowy, wygląda tak:

Waga: 67 kg

Moje wymiary [cm]:
PRAWE RAMIĘ: 34
TALIA: 74
BRZUCH: (na wysokości pępka) 84,5
BIODRA: 98,5
PRAWE UDO: 58,5

Za miesiąc pierwszy bilans z fotografią i dalszy plan zrzucania nadmiarowych kilogramów.
Koniec z przerzucaniem odpowiedzialności na innych i zmianami 'od jutra'. Koniec z zaczynaniem walki 'na serio' i brakiem konsekwencji. Czas goni, a sytuacja przestała być 'śmieszna'. Z Waszym wsparciem się uda. Do szybkiego zobaczenia. ;)