Powered By Blogger

piątek, 25 kwietnia 2014

Pierwsza porażka

                                    

Pierwsza od czasu prowadzenia tego bloga, w ogólnym rozrachunku - nie mam pojęcia, która. Po raz kolejny nie powstrzymałam ataku żarłoczności i oprócz normalnego obiadu wciągnęłam jeszcze dwa albo trzy razy tyle jedzenia, ile normalny człowiek jest w stanie zjeść. Waga oscyluje w granicach 68. Kiedy wreszcie to się skończy? Podobno rozwiązanie tkwi w polubieniu siebie. Zaczynam jednak w to wątpić. Nie dlatego, że to potrafię, ale po prostu dlatego, wpadłam w nałóg.
Wiem, co jeszcze mnie boli. Mój wygląd i to, że nie mieszczę się w ulubione ciuchy. Uwielbiam się wygłupiać, ale kiedy widzę swoje odbicie w lustrze na zmianę albo mam ochotę płakać, albo uśmiecham się i usiłuję sobie wmówić, że 'nie jest tak źle'. Co z tego, że ćwiczę, bawię się, staram się zdrowo odżywiać na ile pozwala mi mój skromny budżet i brak czasu? Nic, jeśli potem jestem w stanie zjeść 8 jabłek, 2 kotlety jajeczne, grahamkę z twarogiem i szynką, 2 marchewki, banana, batonik muesli, pół gorzkiej czekolady, dopić połowę jogurtu pitnego Mueller i... szukać po reszcie domu, co jeszcze mogę 'dorzucić' do tej przedziwne mieszanki. 'Uczta' tym razem trwała 2h i wcale nie poprawiła mojego samopoczucia. Właśnie dlatego zmusiłam się, żeby rozliczyć się z tego teraz. Może wreszcie otrzeźwieję...
Obawiam się, że dzisiejszy bieg niewiele mi pomoże. Jasne, bez niego będzie jeszcze gorzej. Ale brak mi samozaparcia i wiary w to, że efekt będzie może nie natychmiastowy, ale spektakularny. Nawet, jeśli w życiu osobistym i szkolnym mi się układa, wciąż to robię. A jestem coraz cięższa. Po raz kolejny nie doczekałam nagrody, którą, paradoksalnie, jest jedzenie. Do tej pory nie wiem, co 'zajadam'. Bo przecież nic właściwie, poza moim wyglądem, mnie nie gryzie...
P.S. Nie wiem, jakim cudem to wszystko pochłaniam, ale do wymienionych wcześniej rzeczy doszło jeszcze Ptasie Mleczko w ilości 8 kostek, grahamka z twarogiem i dwiema potężnymi garściami suszonej żurawiny oraz kilka pudrowych cukierków.
Właśnie zdałam sobie sprawę, że jeśli naprawdę nie wezmę się w garść, to nadchodzące wakacje będą jednymi z najgorszych, a już na pewno nie pojawię się w bikini na plaży... Rozpisałam plan treningów, jutro robię 'jedzeniowe' zakupy i walczę dalej. W międzyczasie poczytam jeszcze trochę nt. zdrowego trybu życia, może złapię trochę inspiracji.

2 komentarze:

  1. Przynajmniej nie muszę się martwić o Twój sposób wyrażania a wiele blogów widziałam w życiu) :D
    Ja jak zawsze z żartem, więc napiszę tylko: w tym tygodniu i w tygodniu matur nie ma czasu na jedzenie! Do nauki się brać! Może jest szansa i dla Ciebie, i dla mnie :P
    Widzimy się 5 maja.
    Buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, że komuś odpowiada mój sposób pisania. ;) Po prostu stwierdziłam, że nie ma sensu oszukiwać ani siebie, ani innych, bo to do niczego nie prowadzi. Haha, na jedzenie zawsze jest czas - kiedy człowiek nie je, nie myśli jak należy, a na maturach to prosta droga do ich 'zawalenia'.
    Dzb :)

    OdpowiedzUsuń