Pierwsza połowa mojego workout schedule jest już gotowa - nie ma typowych dla mnie szaleństw albo innych 'ambitnych' założeń. Trochę ostatnio było u mnie ciężko z regeneracją, a, jak wiadomo, jest to jeden z najważniejszych czynników decydujących o samopoczuciu i, ogólnie rozumianej, 'formie'. Dlatego właśnie postanowiłam nieco zwolnić i, zamiast zrobić trening np. we wtorek, przerzuciłam go dopiero na środę. Wiedziałam już, że następny dzień będzie bardziej 'luźny' i nie będę się musiała tak spinać (brak zarówno egzaminów, jak i logistycznych wyzwań). Mogłam zatem spokojnie zrobić dłuższy, łączony trening oraz, umierając z napięcia... czekać na wyniki egzaminów wstępnych.
To strasznie stresujące zdawać dziennie po kilka egzaminów z tak różnych dziedzin muzyki (czy jakiejkolwiek innej dyscypliny/nauki). Człowiek musi cały czas utrzymywać głowę w stanie optymalnej gotowości do wysiłku, nie może jej 'przegrzać', ani zostawiać zupełnie 'chłodnej'. Raz wymagają od niego muzykalności i techniki (fortepian), innym razem zdolności szybkiego reagowania i powtarzania ruchu oraz fizycznej sprawności i koordynacji całego ciała (rytmika), to znów znajomości zasad rządzących harmonią i podstawowych pojęć z tej dziedziny, że nie wspomnę o wyobraźni i plastycznej ilustracji dowolnego zagadnienia za pomocą klawiatury fortepianu (improwizacja). Dużo? Dużo. Męcząco? Męcząco. Może nawet aż za dużo...
Coś przestało działać. Nie miałam okazji się mierzyć, ale waga znów poszła w górę, a moje ciało zaczęło zatrzymywać wodę. Chroniczny stres spowodował niekończące się przemęczenie, a ilość codziennych wyzwań i odpowiedzialność spoczywająca na moich barkach chyba mnie przerosła. I tak sobie odpuściłam - zrobiłam treningi tylko w poniedziałek i w środę, kiedy już było po wszystkim. Długi weekend spędziłam z moim Chłopakiem w Wiedniu i codziennie wpadło jakieś winko albo inna niezdrowa rzecz (czasem nawet kilka), jadłam dużo i w dużych odstępach czasu (4-5h).. To sprawiło, że 'dzieło zniszczenia' zaczęło postępować w prawdziwie szaleńczym tempie. Dopiero wróciłam, więc nie mam jeszcze żadnych pomiarów, ale chyba odłożę je dopiero na sobotę. Spróbuję popracować nad regeneracją (sen, relaks, dostosowanie diety do intensywności treningów), nieco się uspokoić, maksymalnie opanować nerwy. Bo niestety oczekiwanie na listy osób przyjętych na studia mnie wykańcza. Tym bardziej, że wszystko cały czas rotuje, a ja wiem, że z opisanych wyżej powodów zaprezentowałam się może na 50% moich możliwości...
Żeby jednak była jakaś korzyść dla osób nieznających mnie i moich problemów, wrzucę parę info odnośnie higieny snu.
Po lewej macie infografikę dot. skutków deprywacji snu. Najważniejsze z nich to:
Coś przestało działać. Nie miałam okazji się mierzyć, ale waga znów poszła w górę, a moje ciało zaczęło zatrzymywać wodę. Chroniczny stres spowodował niekończące się przemęczenie, a ilość codziennych wyzwań i odpowiedzialność spoczywająca na moich barkach chyba mnie przerosła. I tak sobie odpuściłam - zrobiłam treningi tylko w poniedziałek i w środę, kiedy już było po wszystkim. Długi weekend spędziłam z moim Chłopakiem w Wiedniu i codziennie wpadło jakieś winko albo inna niezdrowa rzecz (czasem nawet kilka), jadłam dużo i w dużych odstępach czasu (4-5h).. To sprawiło, że 'dzieło zniszczenia' zaczęło postępować w prawdziwie szaleńczym tempie. Dopiero wróciłam, więc nie mam jeszcze żadnych pomiarów, ale chyba odłożę je dopiero na sobotę. Spróbuję popracować nad regeneracją (sen, relaks, dostosowanie diety do intensywności treningów), nieco się uspokoić, maksymalnie opanować nerwy. Bo niestety oczekiwanie na listy osób przyjętych na studia mnie wykańcza. Tym bardziej, że wszystko cały czas rotuje, a ja wiem, że z opisanych wyżej powodów zaprezentowałam się może na 50% moich możliwości...
Żeby jednak była jakaś korzyść dla osób nieznających mnie i moich problemów, wrzucę parę info odnośnie higieny snu.
Po lewej macie infografikę dot. skutków deprywacji snu. Najważniejsze z nich to:
- większe prawdopodobieństwo wystąpienia raka,
- wzmożone łaknienie -> narażenie na otyłość,
- czterokrotny wzrost zagrożenia wystąpienia wylewu,
- utrata tkanki nerwowej,
- potęgowanie ryzyka insulinoodporności gruczołów -> większe prawdopodobieństwo wystąpienia cukrzycy II typu,
- trudności w skupieniu się i zapamiętywaniu,
- osłabienie odporności,
- nadwrażliwość, nerwowość,
- funkcjonowanie na niskim poziomie wydajności.
Co z tym zrobić? Przede wszystkim - zadbać o czas trwania i higienę snu, czyli przestrzegać następujących zasad:
- zredukować ilość czasu spędzaną w łóżku (poza snem),
- prowadzić regularny tryb życia,
- jeść kolację 3h przed snem (ew. lekką przekąskę wieczorem),
- unikać drzemek w czasie dnia,
- unikać kofeiny, nikotyny i alkoholu,
- zmęczyć się fizycznie późnym popołudniem,
- nie próbować zasnąć na siłę,
- usunąć zegarek z zasięgu wzroku w sypialni,
- unikać regularnego przyjmowania leków nasennych,
- unikać silnego światła wieczorem i ciemnych pomieszczeń w ciągu dnia.
Oczywiście, nie chodzi o to, żeby popadać z jednej skrajności w drugą i nagle stosować się do wszystkich tych zaleceń. Są to tylko sugestie, najczęściej problemem jest nagromadzenie kilku z nich, ale po ich zdiagnozowaniu i usunięciu - spokojny sen powraca. :) Ważne, żeby spać te 7-8h na dobę, a jeśli nie mamy możliwości, żeby 'uciułać' tyle czasu w nocy - zawsze pozostają nam, tak wcześniej odradzane, drzemki. ;) Po prawej infografika na ten temat. Buziaki!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz